Ryszard T.Sikorski o swoim tacie i nie tylko

Ryszard T.Sikorski o swoim tacie i nie tylko

Pozwoliłem sobie napisać artykuł, który nieco szerzej traktuje o Osobie mojego Taty, nie koncentrując się wyłącznie na Jego postaci, lecz umieszczając Go w kontekście środowiska i historii naszego Miasta. Intencją, która stała się inspiracją w tym dziele jest ocalenie od zapomnienia całego grona w większości nieżyjących już Osób, które odcisnęły niezatarte piętno na panoramie Myślenic minionych dwóch pokoleń, Osób, które miałem zaszczyt osobiście poznać.

Ryszard T. Sikorski

Ryszard Sikorski 1924-2019 – wspomnienie o moim Tacie i jego Przyjaciołach

Czas biegnie nieubłaganie, zawsze zbyt szybko. Zaciera wspomnienia, wyostrza twarze, oddziela to, co przemija od tego co trwa wiecznie, to co ważne od tego co ważnym się tylko wydawało. Nie leczy ran, lecz pomaga zrozumieć, zapamiętać, docenić, poznać i uwierzyć.

Trudno zebrać myśli gdy odchodzi Osoba najbliższa, której obecność i ciepło było oczywistą i niezmienną częścią całego życia, Osoba która od pierwszych dni, aż niemal po próg półwiecza życiowej drogi, niezmiennie dzieliła każdy dzień i każdą sprawę na tej ścieżce zastaną. Tym bardziej trudno, jeśli to życie stawało się poniekąd udziałem wielu i pośród wielu zostało zapamiętane szlakiem dobra i łagodności. Trudno myśli zebrać, ale trzeba, tu i teraz, właśnie dlatego.

  1. Ryszard Sikorski – Polak i Włoch, życie trudne i spełnione.

Mój Tatuś odszedł 16 stycznia 2019 roku, kilka dni wcześniej rozpoczął 96-ty rok życia. Długiego, spełnionego, naznaczonego rożnymi kolejami losu, zmiennością czasów, na pograniczu kilku epok, nie tylko z osobistego punktu widzenia, ale także w perspektywie historii naszego kraju oraz w każdym niemal aspekcie ludzkiej egzystencji. Choć do dziś nie mogę jeszcze uwierzyć w Jego odejście, spotykam wiele osób, które wspominają Jego imię, a także ślad jaki zostawił w ich sercach i pamięci. Wielość tych spotkań, intensywność wspomnień oraz relacji skłoniła mnie do tego, aby pozostawić tych kilka słów ku potomności.

Urodził się w Baranowiczach na polskich Kresach, 10 stycznia 1924 roku, w rodzinie o tradycji tyleż niezwykłej co naznaczonej dziejami ówczesnej Polski i Europy, jako jedyne dziecko wojennej miłości zrodzonej na zgliszczach Wielkiej Wojny Światowej, syn austro-węgierskiego kapitana oraz Włoszki z regionu Friuli-Venezia Giulia, teatru krwawej batalii na froncie włoskim 1915-18. Dziadek Tadeusz wcielony, jak wielu innych mieszkańców Galicji, do armii cesarskiej przeszedł następnie, już jako oficer odrodzonego wojska II Rzeczypospolitej, cały szlak wojny z Rosją Radziecką 1919-1921, bitwy o Kijów, Lwów, a następnie batalii o Warszawę, którą pamiętamy w dziejowych kronikach pod nazwą „Cudu nad Wisłą”. Potem, gdy ucichły zmagania wojenne o byt i kształt odrodzonej Polski, wrócił do swej zawodowej pasji i do późnych lat trzydziestych pracował jako profesor szkół gimnazjalnych kolejno w Brzeżanach, Podhajcach, Jodłowej, Dębicy i Krakowie, aby wreszcie – po przejściu na emeryturę – osiąść w 1937 roku w Myślenicach, do których – jak niesie rodzinny przekaz – dążył całe życie, pomny faktu, iż tu właśnie, pośród lasów i pól Beskidów sięgały korzenie rodzinne przodków.

Był to kolejny trudny czas, wybuchła wojna, a potem zapanowała okupacja, u zarania której już na początku 1940 roku mój Tato stracił ojca, a skromny majątek w wynajętym mieszkaniu przy ul. Daszyńskiego został rozgrabiony, o zgrozo, nie przez hitlerowskiego najeźdźcę, lecz przez sąsiadów. Jakże przełomowy był to moment, gdy na barki 16-letniego dziecka spadła współodpowiedzialność za losy swoje i Mamy, kobiety odważnej i mężnego serca, lecz z trudem asymilującej się do polskiej rzeczywistości, bez środków do życia, bez dochodów, w niepewności jutra i zagrożeniach okupacyjnej nocy. Tato uczył się i pracował, najpierw jako robotnik drogowy, a potem, jako iż władał językiem niemieckim, włoskim i łaciną, udzielając korepetycji. W 1944 roku, w trybie tajnego nauczania, zdał maturę w konspiracyjnym Liceum Ogólnokształcącym w Myślenicach, przed komisją pod przewodnictwem niezapomnianego Profesora Seweryna Udzieli. Od 1943 roku uczestniczył aktywnie w ruchu oporu, pod pseudonimem „Artur”, najpierw w placówkach terenowych, a następnie w Oddziale „Szkoleniowym” operującym w ramach Myślenickiego Obwodu Armii Krajowej „Murawa”, aż po styczeń 1945 roku gdy z chwilą rozwiązania struktur polskiego Państwa podziemnego aktywność ta nie mogła być kontynuowana. Wojna kończyła się dla Taty i Jego Matki traumatycznie także i z powodu kolejnej utraty dachu nad głową, po tym jak właściciel zajmowanego przez nich pokoju przy ul. Daszyńskiego, jeden z szacownych obywateli naszego Miasta uznał, iż wobec braku środków na zapłatę czynszu należy wyrzucić ich na bruk. Szczęściem tej chwili było jednak to, iż świat jest pełen tyleż zła co dobra, Tato znalazł bowiem przejściowe locum u Państwa Hołujów, dzięki Ich wielkiemu sercu i życzliwości.

Tuż po wojnie podjął studia na Wydziale Prawa reaktywowanego Uniwersytetu Jagiellońskiego, a następnie w Szkole Wyższej Służby Dyplomatycznej we Wrocławiu. Miał możliwość opuszczenia kraju nękanego stalinowskim reżimem, wyjazdu na emigrację lub do kraju rodzinnego Mamy, lecz tego nie uczynił. Jak pamiętam mówił zawsze, iż zbyt kochał tę naszą myślenicką Ziemię, aby móc żyć gdzie indziej. Tu jestem u siebie, mawiał. Ten rys serca, moc przynależności i poczucie, iż dom jest tu właśnie, ukształtowały w dużej mierze losy Taty w latach późniejszych, gdzie pomimo rozmaitych trudności i ograniczeń wynikających z rzeczywistości, w jakiej przyszło Mu żyć oraz wbrew wielu rysującym się możliwościom otwierającym drogę, aby zdecydować inaczej i podążyć ku destynacjom dalekim i być może bardziej życiowo komfortowym, wybrał to, co było Mu najbliższe. Tam, gdzie czuł się w domu. „Gdzie skarb Twój, tam i serce Twoje”, ten biblijny werset bardzo oddaje sens i przesłanki życiowych wyborów Taty.

Poza rodziną i troską o bliskich, która przepełniała życie Taty na wskroś, trzy były Jego miłości szczególne. Trzy środowiska i trzy miejsca aktywności, z którymi czuł się nieustająco związany emocjonalnie i duchowo, rzecz można od pierwszych lat na naszej Ziemi, aż po kres swych dni. Trzy źródła energii, przyjaźni i szczęścia. W każdym z nich przewinęły się dziesiątki, jeśli nie setki osób, ludzi których spotkał na swej drodze, w umysłach i sercach których pozostawił ślad życzliwości, dobra i zaangażowania we wsparcie każdego, kogo spotkał. Szkoła, Bank, środowisko kombatantów – byłych żołnierzy Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich. Trzy sfery życia Taty, trzy wielkie rezerwuary emocji, zaangażowania, poczucia misji, radości życia. Trzy środowiska w których czuł się szczęśliwy.

Każdy z tych obszarów miał swój czas i swych ważnych Ludzi, którzy nie tylko iż stanowili integralną część Jego życia i serca, ale też należeli do grona tych osób, które determinowały ważną tkankę społeczną Ziemi Myślenickiej, mocne światła dobra i nadziei na mapie Miasta w trudnych czasach. I dlatego warto, korzystając z tej sposobności, o nich wspomnieć, aby nigdy nie zagasły światła pamięci Ich życiowego dzieła i wartości jakim pozostawali wierni.

  1. Bank – mentor i przyjaciel pracowników.

Tato pracował w bankach przez 42 lata, w Myślenicach i w Krakowie. Rozpoczął swoją przygodę z bankowością w odległym 1950 roku, tuż po ukończeniu studiów i przeszedł całą, dziś powiedzielibyśmy, ścieżkę kariery poczynając od stażysty i inspektora, a na dyrektorze banku kończąc. Można by wyliczać różne projekty, inwestycje, firmy, które na przestrzeni niemal półwiecza mogą zawdzięczać jakąś cząstkę swego istnienia i rozwoju, przychylności, zaangażowaniu i zrozumieniu ze strony instytucji kierowanych przez mego Tatę. Część z nich zmiótł wiatr historii, część do dziś cieszy się dobrą kondycją i prosperitą. Ale nie to było w tej pracy najistotniejsze. Najważniejszym aspektem i wartością jaką wniósł On w życie naszej społeczności w tej roli było kształcenie i dowartościowywanie zdolnej młodzieży kończącej szkoły średnie, tak o profilu ogólnym jak i licea ekonomiczne oraz prawno-administracyjne, zwłaszcza takiej, gdzie warunki socjalno-bytowe i realne perspektywy zawodowe nie pozwalały na zbyt wiele alternatyw w poszukiwaniu dobrze rokującej, rozwojowej pracy oraz w zapewnieniu życiowego bytu. Nie pomylę się chyba mówiąc, iż liczni przedstawiciele co najmniej trzech pokoleń absolwentów szkół średnich w rejonie Myślenic i okolic mogą wspominać Tatę jako pracodawcę, ale przede wszystkim jako przyjaciela i mentora, bo taka była jego filozofia zarządzania, poprzez wymagania i perfekcyjną organizację, ale przede wszystkim poprzez ciepło, serdeczność, życzliwość i wsparcie. Rzadkość w naszych czasach i w aktualnej dobie, gdzie w instytucjach i firmach panują zazwyczaj zupełnie przeciwstawne wartości oparte o motywację negatywną i nasze najgorsze narodowe przypadłości bazujące z jednej strony na zawiści, niechęci, rywalizacji, krótkowzroczności i egoizmie, a z drugiej na tak modnej, usprawiedliwiającej brak serca filozofii skonkretyzowanej świetnie w powiedzeniu „Co cię nie zabije, to cię wzmocni.” Życie Taty jest dowodem na to, że nie jesteśmy skazani w firmach, urzędach i instytucjach na taki model relacji, że może być inaczej.

  1. Szkoła – profesor, wychowawca młodzieży, arystokrata mądrości, mistrz elegancji i wrażliwości.

Szkoła. Moje wspomnienie o gronie przyjaciół, profesorów i pedagogów Zespołu Szkół Techniczno-Ekonomicznych w Myślenicach, o Ludziach, którzy tworzyli to niezapomniane, wręcz pionierskie w tamtych latach środowisko, jest autentycznie osobiste. Szkoła to mój dom lat dzieciństwa i wczesnej młodości. To miejsce, w którym Tatuś zostawiał zawsze serce i które to serce, jak karma, wracało do nas. W osobach przyjaciół Taty odwiedzających nas często i w taki sposób, iż stawali się częścią Domu i naszego życia. Piękną i ciepłą częścią, bardzo ważną. Szkoła, którą Tato wraz z grupą przyjaciół, nauczycieli przez wielkie „N”, a zarazem marzycieli stąpających mocno ziemi utworzył, powołał do życia , a następnie oddał najważniejsze pokłady energii i serca przez ponad 53 lata. O skali i intensywności uczuć i więzi niech świadczy też fakt, iż spotykali się oni na przestrzeni tego ponad półwiecza, a potem póki los nie przeciął strun życia, comiesięcznie niemal, na spotkaniach w domach każdego z nich, świętując imieniny oraz ważne rocznice i wydarzenia. Bez prezentów, bez wielkich przygotowań, tak po prostu, aby być razem i dzielić się sobą, rozmawiać, zwierzać się, dyskutować. Trzeba o tych Osobach wspomnieć, z imienia i nazwiska, aby nigdy nie omiótł ich mrok wyczerpujących się zasobów ludzkiej pamięci.

Pan Dyrektor Stanisław Ziarkiewicz, inicjator i twórca Szkoły, poseł na Sejm, wielki Polak o korzeniach zasianych gdzieś na naszych, polskich Kresach Wschodnich, niezłomny i zaangażowany organizator, wielki przyjaciel ludzi, a zarazem – co tak rzadkie w dzisiejszej rzeczywistości – człowiek zadaniowy, który z determinacją, niezwykłą energią pomimo nadszarpniętego wojną zdrowia, z ogromną intuicją i inteligencją prowadził najpierw projekt powołania Szkoły do życia, a następnie konsolidacji jej pozycji jako miejsca, które służyło społeczności Ziemi Myślenickiej i zmieniało oblicze jej mieszkańców, ich perspektywy życiowe i zawodowe, skalę możliwego awansu oraz poprawy warunków rozwoju kolejnych pokoleń. Trudno zawrzeć wszystkie zasługi i postać Pana Dyrektora Stanisława w kilku zdaniach. Miałem zaszczyt poznać i zapamiętać Wielkiego, Dobrego i Ciepłego Człowieka.

Pan Profesor Tadeusz Ślósarz. Człowiek-legenda poniekąd, prekursor i luminarz tej Ziemi, skromny chłopak z Węglówki, który na nogach pokonywał drogę do Myślenic, przez Lubomir i Łysinę, aby móc się uczyć w szkole Pamiętajmy, to czasy wczesnej II Rzeczypospolitej, inna epoka, brak wszystkiego poza wolą, wytrwałością i determinacją. Potem osiągnął wszystko co na niwie pedagogicznej można było osiągnąć, był cenionym profesorem matematyki, fizykiem i astronomem, jednym z twórców Obserwatorium Astronomicznego na Lubomirze, wychowawcą, promotorem wielu osób z małych środowisk rozsianych po okolicy, które bez Jego wsparcia, rady i obecności w życiu, nigdy nie byłyby w stanie zdobyć ani wykształcenia, ani pozycji życiowej ani też nie mogłyby nadać odpowiedniego szlifu przyszłym pokoleniom. Dziesiątki, setki ludzi zawdzięczają Profesorowi Tadeuszowi to kim są i w jakim miejscu świata się znajdują. Ja osobiście zawdzięczam Mu, mojemu Wujkowi, mogę tak powiedzieć, gdyż był świadkiem mojego Chrztu, moim ojcem chrzestnym, wspomnienie niezliczonych wycieczek pieszych po Beskidach i Tatrach, dyskusji, opowieści i żartów, łąk i pól serdeczności, łagodności i pokoju, miłości i szacunku do ludzi, a przy tym upartej, niezwyciężonej woli realizacji ważnych celów i dążeń. W roku ubiegłym minęło 20 lat od odejścia Profesora do wieczności, a wydaje się jakby był tu jeszcze wczoraj z nami.

Pan Profesor Jan Osiński, matematyk, wspaniały pedagog, wielki, przepełniony ciepłem, skromnością i życzliwością do ludzi Człowiek. Postać, którą mimo upływu 25 lat prawie od Jego odejścia, mam bardzo mocno wyrytą przed oczyma pamięci i świadomości, natchnioną rysem serdeczności, radości, przepełnionego mądrością życia dystansu do świata, zamiłowania do pracy z młodzieżą, niezmierzonych pokładów cierpliwości i niespożytej energii. Bardzo bliskiego, bardzo ciepłego Człowieka.

Pan Profesor Jan Krauze. Profesor przedmiotów ekonomicznych, kapitan Wojska Polskiego, arbiter pięknej mowy i elegancji, Człowiek otwarty i ponadczasowy, pełen energii wychowawca budzący zaufanie i przyciągający ludzi do siebie. Mentor i powiernik wielu, mistrz sztuki dyskretnego wsparcia dzieci i młodzieży wywodzących się z trudnych sytuacji życiowych tak, aby mogły realizować w życiu swe plany i spełniać marzenia, aby mogły piąć się dalej i wyżej niezależnie od tego, jak los ich potraktował na starcie i w co wyposażył.

Pan Profesor Kazimierz Wójcik, długoletni wicedyrektor Szkoły i jej aktywny współtwórca, pedagog pełen energii i niespożytej woli walki o ważne cele, organizator myślenickiego sportu, człowiek który potrafił tak pięknie łączyć wielką powagę i serdeczny dystans do problemów, nauczycielską pasję ze zdrowym poczuciem sprawiedliwości i koniecznej, ciepłej surowości w utrzymaniu właściwego kursu ważnych spraw. Zapamiętałem Go z jednej sytuacji, bliskiej czasowi Jego odejścia, z odległego 1987 roku, kiedy napotkany na jednym ze spacerów z Tatą, przeszedł z nami kilkanaście metrów i wysłuchawszy dylematów Taty związanych z trudnym czasem w Polsce, który wówczas panował, rozłożyć ręce i powtórzył kilka razy: „Rysiu, a co tam, przecież wiesz, że robisz dobrze, liczy się tylko to ilu ludziom pomożesz, reszta jest zapomnieniem.” Takim Pana Profesora zapamiętam.

Pan Profesor Jan Nalepa, ekonomista, nauczyciel przedmiotów profesjonalnych, zawodowych. Bardzo bliski przyjaciel Taty, zaufany druh, wieloletni towarzysz Jego spacerów, dyskusji, powiernik wątpliwości i niezłomnego uścisku dłoni. Cichy, ciepły, mądry Człowiek, pełen łagodności, życzliwości dla ludzi i zamiłowania do wykonywanego zawodu, pełen serca do dzieci i młodzieży. Rozumiał wiele, cierpiał niemało, zawsze starał się uśmiechać i nieść dobre słowo. Człowiek na swój sposób niezłomny, który odszedł za szybko, za wcześnie.

Pan Profesor Tadeusz Billik. Ciepła, radosna postać, pedagog, wychowawca, Człowiek pełen serca, pozytywnej energii i dobrych słów dla każdego, pełen żartów i opowieści, które czyniły życie tych, którzy je słyszeli bardziej beztroskim, uśmiechniętym. Pamiętam opowieści Profesora o historii i świecie minionym, nasze rozmowy o motoryzacji, której był pasjonatem i znawcą, a przede wszystkim pamiętam ciepło Jego aury i śmiejące się oczy wypełnione dobrem i zainteresowaniem drugim człowiekiem. Odszedł, jak każdy, zbyt szybko, zbyt niespodziewanie.

Pan Profesor Eugeniusz Malina, jeden z twórców i światłych kierowników warsztatów szkolnych. Człowiek-instytucja, pełen spokoju, wyrozumiałości dla drugiego człowieka, dynamizmu działania, konkretnego i zaangażowanego oglądu rzeczywistości, dobrego serca, woli wspierania i szczerej otwartości tak w stosunku do kolegów, przyjaciół jak i wobec młodzieży. Niezapomniany, jak wszyscy którzy stanowili perły w koronie wspaniałego grona pedagogicznego Szkoły tamtych lat. Niezapomniany jak i Jego następca, szef warsztatów, Pan Profesor Janusz Walczak, entuzjasta motoryzacji, artysta pedagogiki szkolnej, ciepły i radosny Człowiek.

Pan Profesor, Pan Dyrektor Marek Nowak. Państwo Krystyna i Marek Nowakowie. Wspaniali, niezwykli ludzie, pełni ciepła, serdeczności, energii i nieprzemijającej pogody ducha. Pan Dyrektor Marek kontynuował od 1978 roku dzieło Pana Profesora Stanisława Ziarkiewicza, kierując i zarządzając Szkołą, a raczej już wówczas Zespołem Szkół z niezwykłą werwą i skutecznością, z charyzmą autorytetu, z poczuciem misji i długoterminowej wizji strategicznej. To, w jakich warunkach pracuje dziś Szkoła, jaką bazą dysponuje, w jakiej skali działa i jak daleko sięgają możliwości jej absolwentów jest w ogromnej mierze działem Pana Dyrektora Marka, człowieka wielu talentów i marzeń, nieopisanej prawości i życzliwości, konsekwencji i determinacji. Człowieka, który mimo wielu trudności i przeciwności losu, wszędzie gdzie się pojawiał, rozsiewał promienie otuchy, dobrych emocji, mądrości, troski o drugiego, nadziei i optymizmu. Do końca dni mojego Tatusia był też przy nim bardzo blisko, tak mentalnie jak i poprzez fizyczną obecność, nadał pojęciu przyjaciel do grobowej deski niezwykły, niespotykany na co dzień wymiar, sens i wartość. Jestem osobistym dłużnikiem Pana Dyrektora Marka, myśl iż moja rodzina i ja sam mogę dziś zaliczać się do grona Jego przyjaciół stanowi dla nas źródło ogromnego honoru i zaszczytu, a jednocześnie wspaniałej przygody naznaczonej radością życia. Mam nadzieję, iż dużo jeszcze pięknych chwil przed nami.

Trudno jest, nie narażając się na skrót myślowy i niesprawiedliwe uproszczenia, wymienić wszystkich wspaniałych ludzi tego Grona, z którymi skrzyżowały nas życiowe ścieżki mojego Taty, a którzy stanowili piękne dopełnienie Jego życia, a zarazem niezbywalną, pełną emocji i intensywności myśli, integralną jego część. Pozwolę sobie, kierując się potrzebą serca i wolą zachowania pamięci, wspomnieć tylko o kilku z nich, z imienia i nazwiska, aby proch czasu i pęd codzienności nie pozostawiły ich w zbyt dużej oddali od świadomości nowych pokoleń. Pan Profesor Wojciech Ślósarz i Pani Profesor Natalia „Tecia” Ślósarzowa, Pan Profesor Michał Wojciechowski, Pani Profesor Zofia Ripperowa, Pan Profesor Jerzy Telichowski, Pan Profesor Zbigniew Kobylański, Pan Profesor Kazimierz Maciejewski, Pani Profesor Cecylia Nalepowa i wielu, wielu innych.

  1. Żołnierz, partyzant, patriota.

Trzecim miejscem i obszarem pasji życia Taty było środowisko przyjaciół z Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich, kombatantów i towarzyszy lat najtrudniejszych, którym w ślad za słowami Krzysztofa Kamila Baczyńskiego można zadedykować słowa: Oddzielili cię, syneczku, od snów, co jak motyl drżą, haftowali ci, syneczku, smutne oczy rudą krwią, malowali krajobrazy w żółte ściegi pożóg, wyszywali wisielcami drzew płynące morze. Wyuczyli cię, syneczku, ziemi twej na pamięć, gdyś jej ścieżki powycinał żelaznymi łzami. Odchowali cię w ciemności, odkarmili bochnem trwóg, przemierzyłeś po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg. I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc, i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut – zło”. Od powojennych początków naznaczonych stalinowskimi represjami, terrorem i poczuciem niepewności jutra, zagrożenia życia wręcz, aż po kres życia każdego z nich, byli razem. Przyjaźń, której źródło sięga takich czasów trwa wiecznie. I tak było i w tym przypadku. Przez niemal 75 lat, od tej gorącej jesieni 1944 roku, poprzez ciemną noc represji, aż po utworzenie Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej w Myślenicach w latach 90-tych, aż po dzień, w którym zmarł Ostatni Żołnierz Armii Krajowej Obwodu Myślenickiego, mój Tato właśnie, wszyscy byli razem, w życiu, w codzienności i w dniach smutnych, nieuchronnych pożegnań, kiedy żyjący jeszcze odprowadzali ze Sztandarem Armii Krajowej odchodzących Towarzyszy Broni na wieczną wartę do lepszej wieczności. Tak było aż do 2016 roku, kiedy po raz ostatni Sztandar załopotał nad trumną Partyzanta, kiedy już tylko obok niego pozostał na ławeczce w Kościele mój Tato. Ostatni spośród Wszystkich. Pierwszy ze Wszystkich, którego nie pożegnali Towarzysze Broni, nie pożegnał Sztandar ani też nie pożegnali nowi przedstawiciele jego dawnego Związku AK, reaktywowanego w 2018 roku, w rękach których znalazł się ten historyczny symbol walki i niezłomności Żołnierzy Podziemia, powierzony w 2014 roku przez prawowitych jego depozytariuszy, Żołnierzy AK opiece Szkoły Podstawowej numer 3 w Pcimiu noszącej imię Armii Krajowej. Nastały najwyraźniej nowe czasy, gdzie szacunek, godność i patriotyzm ma inne barwy i innych heroldów. Tego już teraz nie zmienimy, powinniśmy jednak i możemy przywołać tu i teraz imiona i nazwiska wielu z Tych, którzy przez lata wojny i okupacji stworzyli na tej myślenickiej Ziemi mocną, niezwyciężoną przez nazistowskiego agresora armię i strukturę podziemnego Państwa polskiego, a potem przez dziesięciolecia dzielili wspólne życie i tkali wspaniałą, otwartą i serdeczną osnowę środowiska kultywującego pamięć, tradycję, właściwie rozumiany patriotyzm, a przede wszystkim ciepło, łagodność, życzliwość względem ludzi, poczucie misji wobec następnych pokoleń, które znalazło tak piękne odzwierciedlenie w ich zainteresowaniu młodzieżą, dziećmi, edukacją i przekazem dziedzictwa pamięci czasów, których byli świadkami i uczestnikami. Miałem zaszczyt i honor, jako jedyny Syn mojego Taty, poznać ich wszystkich, ich serce, uśmiech, uroczyste, wręcz nabożne odniesienie do Ojczyzny, ich troski i dylematy, ich głos i radość istnienia, ich pokój ducha, tolerancję i otwartość. Wymieńmy ich: Pan Marian Żaba, Pan Antoni Skałka, Pan Adam Chowaniec, Pan Bolesław Chęciński, Pan Jan Cachel, Pan Kazimierz Nalepa, Pan Kazimierz Wołoch, Pan Franciszek Kamiński i wielu, wielu innych, na wspomnienie których być może zabraknie miejsca w tej refleksji. Przed wszystkimi chylę czoła i pragnę, abym gdy przyjdzie czas właściwy, mógł ich spotkać kiedyś w innym wymiarze i w innej nieskończoności. Nie dokończyliśmy wielu rozmów, nie zamknęliśmy wielu spraw, bo taka była uroda tych czasów, zawsze niedopowiedzianych, zawsze stawiających kolejne pytania i nie czekających na natychmiastowe odpowiedzi. Na szczęście pozostaje jeszcze na tej Ziemi nieco Ludzi i Osób, którym bliskie są prawdziwe wartości i przesłanie tamtych dni i tamtych pięknych Dusz, pozwolę sobie jedynie wspomnieć tutaj dwóch z nich, z którymi łączą mnie szczególne więzy emocji, przyjaźni i szacunku: Pana Ludwika Starzaka – długoletniego szefa urzędów administracji państwowej, prezesa PTTK w Myślenicach, przewodnika beskidzkiego, inicjatora budowy schroniska na Kudłaczach, budowy pomnika na Suchej Polanie upamiętniającego walki partyzanckie w rejonie Łysiny i Kamiennika, mentora wielu ludzi gór, autorytetu w środowisku lokalnym oraz Pana Doktora Dariusza Dyląga, wspaniałego historyka i pisarza, przewodnika tatrzańskiego i beskidzkiego, Profesora Liceum Ogólnokształcącego w Myślenicach. Dziękuję im z serca za wszystko.

Dziś, gdy patrzę wstecz na środowisko Przyjaciół mojego Taty, gdy patrzę z zasmucającej perspektywy Jego odejścia do Domu Ojca, nie mógłbym nie wspomnieć tych lat, chwil, tych Osób, ich ducha, ich serca, ich ciepła i łagodności. Ich zainteresowania bliźnim i miłości do drugiego człowieka, ich zaangażowanej serdeczności, ich determinacji i woli zmieniania świata na lepsze, ich kultury i delikatności, ich życiowej pasji, bogactwa uczuć, a zarazem pokory i skromności. Ich wszystkich dotyczą piękne słowa Leopolda Staffa zacytowane tak cudownie kilka dni temu przez Córkę jednego z Przyjaciół Taty: „Ostatni z mego pokolenia, Drogich przyjaciół pogrzebałem. Widziałem, jak się życie zmienia i sam jak życie się zmieniałem. W przyszłość patrzyłem jasnym okiem, nie wabił mnie spiżowy pomnik, rozgłośne trąby i huczne brawa.”

Dziś mogę powiedzieć tylko: dziękuję że byliście. Dziękuję za to co przeżyłem dzięki Wam. Będę pamiętał po kres moich dni i będę o tym mówił. Wierzę, że to nie koniec, że się znowu spotkamy.

Ryszard T. Sikorski Myślenice, 12 luty 2019 roku

foto: archiwum rodzinne